Hanna Kantor: Zaczynałeś od TikToka — platformy, którą wielu artystów traktuje z dystansem. Czy już wtedy traktowałeś to poważnie, jako pierwszy krok do kariery, czy raczej jako zabawę, która niespodziewanie wybuchła?
Filip Grodowski: Trochę tak, a trochę tak. Tworzenie coverów było dla mnie czymś nowym, bo z początku nie zakładałem w ogóle takiego scenariusza, natomiast przekonałem się do tego. Koniec końców jest to rzecz muzyczna i tworząc covery, wciąż robię to co kocham. Podchodziłem do sprawy na poważnie, ale i tak nie podejrzewałem, że uda mi się dzięki temu osiągnąć takie wyniki w social mediach.
Czy TikTok dał Ci coś, czego nigdy nie dałaby tradycyjna scena muzyczna — np. natychmiastowy feedback, kontrolę nad wizerunkiem, inny kontakt z odbiorcą?
TikTok daje mi przede wszystkim możliwość wyjścia do większego grona odbiorców. To bardzo ważne dla debiutanta. Myślę, że w dzisiejszych czasach nie ma miejsca, które jest w stanie zagwarantować nam szerszą ekspozycję. Podobnie jest z odzewem. Zawsze znajdzie się osoba, która skomentuje film i da znać co o nim myśli. To również zawsze cenna informacja dla twórców, pokazująca czy artysta rezonuje z odbiorcami.
Wielu młodych twórców mówi dziś: „albo viral, albo nic”. Czujesz presję, żeby Twoje kolejne utwory „działały” właśnie na TikToku?
Zawsze jest z tyłu głowy nadzieja, że coś, kolokwialnie mówiąc, „zażre”. To najprostsza droga, ale staram się jednak o tym zbytnio nie myśleć. To też trochę tak, że nigdy nie wiadomo jaki filmik przykuje uwagę i zbierze największe zasięgi.
Jaką najdziwniejszą lub najbardziej zaskakującą rzecz przeczytałeś o sobie w komentarzach? I czy któraś z reakcji publiczności naprawdę Cię dotknęła?
Nic mnie nie zaskoczyło. Od samego początku byłem gotowy na hejt i krytykę. Nakręca mnie to jeszcze bardziej do działania. Pojawiały się przeróżne komentarze, dotyczące mojego głosu, tego jak on brzmi. Nie bolało mnie to i nigdy też nie czułem potrzeby reagowania na takie opnie.
Dziś jesteś w katalogu Kayaxu – jednej z najbardziej artystycznych wytwórni w Polsce. Czy nowe media naprawdę zmieniają reguły gry dla młodych twórców? A może tylko pozornie otwierają drzwi?
Bardzo dobrze czuję się w Kayaxie i nigdy nie podejrzewałbym nawet, że nasza wspólna droga mogłaby być „pozornym otwarciem drzwi”. Cieszy mnie, że z całą ekipą jesteśmy na siebie otwarci i przegadujemy wspólnie każdą, nawet najmniejszą rzecz. Nowe media zdecydowanie pomagają młodym artystom w promocji i pozwalają wytwórniom dostrzec potencjał.
Czy widzisz jakąś granicę między Filipem z TikToka a Filipem z Kayaxu? Czy te dwa światy się przenikają, czy już są zupełnie różne?
Te dwie rzeczy się przenikają. Staramy się wspólnie z Kayaxem na poważnie traktować każdą jedną platformę i korzystać ze wszystkich dostępnych narzędzi promocji. To kluczowe w pozyskiwaniu publiczności, na czym w tym momencie zależy nam najbardziej. Owszem, wymyślamy coraz nowsze schematy, natomiast idea jest wciąż ta sama.
W „Bluzy z USA” uderza nie tylko tekst, ale i sposób mówienia o rzeczach codziennych. Wierzysz, że w prostocie jest siła?
To zależy. Są momenty, w których wychodzą ze mnie proste teksty z przesłaniem, ale zdarza się też, że piszę bardziej złożone rzeczy. Wszystko jest uzależnione od tego, jak czuję, że powinienem przekazać refleksje, które naszły mnie w danym momencie.
Tworzysz muzykę w czasach ogromnego szumu informacyjnego. Czym dla Ciebie jest cisza – i czy potrafisz jej jeszcze słuchać?
Cenię sobie ciszę. Stąd też piosenka „Lubię Być Sam”, która znajduje się na moim debiutanckim albumie. Staram się nie dopuszczać do siebie nadmiaru informacji i zachować we wszystkim spokój. Z taką samą ideą pisałem moją pierwszą płytę – aby zaprowadzała w słuchaczu poczucie lekkości, nawet jeśli poruszam cięższe tematy.
Masz już doświadczenie koncertowe, także większe sceny. Który moment na żywo najbardziej zapamiętałeś?
Najbardziej zapadł mi w pamięć moment, kiedy wystąpiłem u boku Tribbsa na jednym z największych festiwalach telewizyjnych – Przebój Lata Radia Zet i Polsatu. Wtedy po raz pierwszy zderzyłem się z tak ogromnym wydarzeniem; tak ogromną produkcją. Pierwszy raz odważyłem się też być soba na scenie i ponieść się muzyce, bez sztywności w ruchu. Energię, jaką poczułem od publiczności na żywo, pamiętam do teraz. To było niesamowite przeżycie. Później przyszedł czas na takie sceny, jak chociażby Letnie Brzmienia we Wrocławiu, gdzie widziałem osoby śpiewające moje utwory. To również było nie z tej Ziemii. Nie wierzyłem, że zobaczę takie coś jeszcze jako debiutant.